| Koncert w Katowicach - nagrodzona recenzja |
|
|
|
NAJWIĘKSZE WIDOWISKO 2010 ROKU !!!
1 marca 2010 roku zapisał się na kartach historii polskich wydarzeń muzycznych w sposób szczególny, bowiem tego dnia w katowickim Spodku Jean Michel Jarre dał swój pierwszy tegoroczny koncert w ramach halowej trasy koncertowej. Artysta zapowiadał wielkie show z użyciem całej gamy efektów specjalnych, aby widzowie mogli wizualnie doświadczyć energii i dynamizmu muzyki w dosłownym tego słowa znaczeniu. Obietnice zostały zrealizowane stuprocentowo, co sprawiło, że uczestnicy koncertu wychodzili ze Spodka nasyceni wrażeniami i pozytywnymi emocjami. Już kilka godzin przed koncertem atmosfera w Katowicach zrobiła się gorąca. Po ulicach przechadzali się ludzie z całej Polski, a nawet obcokrajowcy, którzy niecierpliwie wyczekiwali tego, jakże wielkiego, wydarzenia. Nie mogło także zabraknąć członków fanklubu Jeanmicheljarre.pl, którzy pojawili się liczną grupą pod Spodkiem, czym wzbudzili zainteresowanie lokalnej telewizji. O godzinie 18:30 otworzono bramy Spodka. Ochrona nie stanowiła problemu, więc bez obaw można było wnieść na halę mały aparat czy telefon komórkowy. Pod tym względem nie miałam żadnych zastrzeżeń. Początkowo obawiałam się o widoczność, ponieważ wybrałam miejsce na najwyższych trybunach, z dala od sceny. Na szczęście obawy zostały rozwiane kiedy spojrzałam na widok rozciągający się z sektora J. Panorama obejmowała wszystko to, co chciałam zobaczyć – przepełnione, spragnionymi muzyki ludźmi, wnętrze hali i na wprost scenę, na której już niedługo miał się pojawić Jean Michel. W powietrzu unosiła się delikatna mgła, a duszę koiły subtelne dźwięki 'En attendant Cousteau'. Zaczęło się wielkie oczekiwanie na artystę. Koncert miał rozpocząć się o godzinie 20:00, ale Jean Michel postanowił wykorzystać potrójny kwadrans studencki i pojawił się dopiero przed 21:00. Jego wejście wzbudziło entuzjazm wśród fanów, którzy niemalże od razu rzucili się, by uścisnąć ulubionemu wykonawcy dłoń. Artysta z gracją i wdziękiem wszedł na scenę uśmiechając się do publiczności i machając w ich stronę serdecznie. Gdy wypowiedział tradycyjne 'Dobry wieczór' swą łamaną Polszczyzną, rozległy się głośne oklaski. Zaczęło się długo wyczekiwane show! Początkowo nie byłam zachwycona, gdy usłyszałam pierwsze dźwięki Oxygene I. Nie mogło również zabraknąć drugiej części tego melancholijnego albumu. Miałam wrażenie jakby początek koncertu miał za zadanie uśpić czujność publiki, która z pewnością oczekiwała nieustannej zabawy i energicznych utworów. Pojawiły się następnie Equinoxy, pozostałe Oxygeny, Rendez Vous 3 i inne spokojne melodie. Po godzinie słuchania przyznam szczerze, że coraz częściej odczuwałam charakterystyczne znużenie. Nie nudziłam się. Po prostu utwory były tak spokojne i melancholijne, że można było śmiało zamknąć oczy i płynąć wraz z nimi w krainy dotąd nieodkryte. Efekty specjalne w pierwszej części koncertu także nie były zachwycające. Prócz laserowych niebieskich kresek śmigających w powietrzu i kolorowych zmian telebimu ustawionego za sceną nie pojawiło się nic zaskakującego. Pozytywnym elementem była za to gra świateł, która miała za zadanie nieco rozweselić pogrążoną w rozmyślaniu widownię. Po jakimś czasie zorientowałam się jednak, że Jean Michel miał swój cel w takim a nie innym ułożeniu utworów. On po prostu chciał dawkować przyjemność stopniowo, nie dając wszystkiego od razu. Koncert ten był jak dobry posiłek – najpierw klasyczna, z pozoru nic nie znacząca przystawka, następnie pierwsze danie przygotowujące do prawdziwej uczty. A na deser ostatnia, mała porcja słodyczy. Aby całość wzajemnie współgrała, nie może zabraknąć żadnego elementu. W myśl tej koncepcji zaplanowane było widowisko. Przystawka, w postaci melancholijnej części, płynnie przeszła w 'pierwsze danie'. Tym razem w grę weszły wizualizacje wyświetlane za plecami Jean Michela i laserowa harfa. Wraz z artystą odbyliśmy podróż wśród struktur elektronicznych jednego z syntezatorów, w rytmie energicznego rytmu siódmej części Equinoxe. Wybraliśmy się także po garść wspomnień do Chin czemu towarzyszyły nam wykrzywione twarze z okładki albumu 'Concerts of China'. Największą niespodzianką 'pierwszego dania' była jednak laserowa harfa, która rozbłysła swymi promieniami i wydała charakterystyczny dźwięk. Miłym zaskoczeniem był także theremin, którego wysokie tony wprawiły publiczność w duchowe wibracje. Wykorzystano tutaj kamerę umieszczoną nieopodal Jean Michela, która rejestrowała na żywo grę artysty, dzięki czemu nawet osoby siedzące daleko od sceny mogły podziwiać wykonawcę podczas jego muzycznych wyczynów. Jean Michel przygotował także niespodziankę muzyczną dla swoich fanów – zagrał zupełnie nowy utwór nazywany przez fanów żartobliwie 'Pieśnią o baryłce ropy'. Spokojnej melodii towarzyszył przejmujący teledysk uświadamiający ludziom tempo, w jakim maleją zasoby ropy i wody pitnej na świecie, oraz ukazał w liczbach jak szybko wzrasta zapotrzebowanie na surowce w sektorze usług. Osobiście odebrałam cały utwór, wraz z oprawą graficzną, jako apel o pomoc dla Matki Ziemi, której zasoby nie są w pełni odnawialne, a ich wyczerpanie doprowadzi ludzkość do zagłady poprzez upadek przemysłu. Przesłanie 'Pieśni o baryłce ropy' zostało zwieńczone industrialnym utworem 'Industrial Revolution 2', który nadał całości nadzwyczaj silnego wyrazu. Postanowiłam poświęcić też oddzielny fragment mojej recenzji na opisanie utworu Equinoxe 4, bowiem artysta użył tutaj innego niż dotychczas teledysku. Stworki z okładki albumu o tejże nazwie tym razem przypominały falujące morze. Poruszały się w rytm muzyki, wynurzały i zanurzały. Początkowo ciemno granatowe, rozjaśniały się stopniowo zmieniając pozycje. Niespodzianką było pojawienie się na koniec utworu różowego stworka, który dotychczas nie występował w wizualizacjach. Tutaj stawiam zdecydowany plus. Nadeszła też chwila na którą czekałam z utęsknieniem – po otrzymaniu solidnej dawki muzyki przyszła pora na główne danie. I tutaj przyznam szczerze, że nasz kuchmistrz spisał się na medal. Pojawiły się utwory żywiołowe, energiczne, tętniące, wręcz wibrujące. Niemalże natychmiast publiczność poderwała się z miejsc, by wspólnie z artystą bawić się i skakać, klaszcząc i nucąc pod nosem swe ulubione fragmenty. Przyznam szczerze, że najbardziej zapadły mi w pamięć efekty specjalne – lasery. Tym razem nie było to kilka marnych świetlistych, niebieskich promieni, lecz wachlarze różnobarwnych świateł nakładających się na publiczność. Siedząc na przeciwko sceny miałam wrażenie jakby pomarańczowe ściany chciały mnie ścisnąć i rozetrzeć na miazgę. Innym razem na widownię opadała podobna do tiulu, biała poświata usiłująca 'przykryć' publiczność światłem, by jeszcze pełniej i bardziej zmysłowo doświadczać muzyki Jean Michela. Poczułam zanurzenie w muzyce, co sprawiło, że apetyt rósł w miarę jedzenia – nie mogłam nasycić się tymi efektami. Na szczególną uwagę zasłużyło sobie Chronologie 2 – utwór niezwykle dynamiczny i szybki. Miałam wrażenie, jakby katowicki Spodek miał niebawem wraz z nami wystartować w kosmos. W tym miejscu należy się Jean Michelowi szczególna pochwała. Coś takiego naprawdę warto było zobaczyć. Muzyk nie zapomniał o muzycznym deserze – na pożegnanie zagrał jeszcze kilka dynamicznych utworów, by smak jego dźwiękowej kuchni na długo pozostał w naszych ustach... To znaczy uszach. Oczywiście były także pewne uchybienia, jak na przykład pomyłki artysty w trakcie gry, ale nie sądzę by były to błędy krytyczne, bowiem całość ładnie się komponowała. Jako wadę mogłabym zaliczyć tylko smutną pierwszą część koncertu, która mogła skutecznie zniechęcić początkujących fanów do odkrywania muzyki Mistrza, a zaawansowanych fanów nieco znudzić i rozczarować. Nie mniej jednak widowisko było niezwykłe i należy w sposób szczególny zapisać je w historii polskich wydarzeń muzycznych. Ocena: 6 celujący Plusy:
Minusy:
Autor: Natalia Wyciślik Artykuł został nagrodzony w konkursie na najlepszą recenzję z koncertu w Katowicach 2010. Jeszcze raz gratulujemy! |
| Następny > |
|---|



